<?xml version="1.0" encoding="ISO-8859-2"?>
<rss version="2.0">
  <channel>
    <title>ftw !</title>
    <link>http://ftw.blox.pl/html</link>
    <description>^^Boże, użycz mi pogody ducha, abym się godził z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić i szczęścia, aby jedno z drugim mi się nie popieprzyło^^      S.King</description>
    <lastBuildDate>Sat, 27 Feb 2010 18:22:05 +0100</lastBuildDate>
    <item>
      <title>To będzie niemiłosiernie długie, ale muszę to wreszcie napisać.</title>
      <link>http://ftw.blox.pl/2010/02/To-bedzie-niemilosiernie-dlugie-ale-musze-to.html</link>
      <description>Budzik dzwoni o 3.30. Wyłączam go i przez moment nie wiem, po co nastawiłam go tak wcześnie i już szykuję się, by położyć się z powrotem, gdy raptem uświadamiam sobie, że to DZIŚ. W nagłym przypływie adrenaliny zrywam się z łóżka, zaczynam wciągać na siebie kilka warstw ubrań (zima trzyma), po czym piję herbatę, próbując się uspokoić. Ogarniam się do końca, pakuję co niezbędne (między innymi kilka pączków, koncert nie koncert, tłusty czwartek trza świętować :D), daję Mamie buzi na pożegnanie (i słucham przestróg, a jak) i lecę na taksówkę, bo słyszę, że mój towarzysz podróży (zwany dalej K.) czeka już w taryfie na ulicy.&lt;br /&gt;Po krótkiej, kurtuazyjnej rozmowie i sprawdzeniu, czy mamy kasę, bilety na koncert i na pociąg mkniemy ulicami na dworzec. Przybyliśmy dość wcześnie, mamy więc czas, by podziwiać uroki Dworca Głównego z samego rana. Zaprawdę, powiadam wam - widok bezdomnych i staruszek, kulących się przy sobie na siedzeniach, wytrącił mi na chwilę z głowy koncert. Jeszcze skuteczniej działał smród :) Siedziała tam też Pani wracająca z koncertu (odpakowywała boks DM). Na zapytanie, jak było?, odrzekła - &amp;quot;jak zwykle&amp;quot;. Zastanawiając się, czy to dobrze, czy też źle, kierujemy się wreszcie w stronę pociągu. Po kilkukrotnym sprawdzeniu, czy to na pewno ten kierunek i ten pociąg, wsiadamy do środka. Nim ruszy, jeszcze pięć razy sprawdzimy, czy mamy bilety (tak, zachowywaliśmy się jak paranoicy, no i co z tego? :P).&lt;br /&gt;Jedziemy.&lt;br /&gt;Dosiada się do nas sympatyczna Pani (jeśli czyta to Pani i pamięta długowłosego chłopaka i krótkowłosą dziewczynę, którzy jechali na koncert Depeche Mode - pozdrawiamy!). Po krótkiej wymianie zdań Pani zapada w drzemkę, a my konsumujemy śniadanie i gramy w statki. Po kontroli biletów próbuję zasnąć, lecz nic z tego - ledwo udało mi się płyciutko zdrzemnąć, już musimy się przesiadać. Wraz z nami przesiada się Pani :)) &lt;br /&gt;Postawiłam w Warszawie stopę na dworcu i tyle mi wystarczy na całe życie :P Wsiadamy do kolejnego pociągu, tym razem pełen wypas - wygląda w środku jak lepsza wersja naszych Bombardierów. Jechał 137 km/h!!! Szok i niedowierzanie. Droga upływa nam na rozmowie. Po dwóch godzinach kolejna przesiadka - tym razem bez Pani. Czekamy pół godziny na kolejny pociąg, po czym jedziemy kilka minut i już możemy podziwiać wielkomiejski klimat Łodzi. Śniegu jeszcze więcej niż w Krakowie, zimno, obco - zapowiada się fajnie :)) Docieramy do centrum, podbijamy do Galerii Łódzkiej (z zewnątrz i od środka wygląda zupełnie jak Krakowska). Tam dłuższy postój. Posilamy się i na przemian rozprostowujemy nogi i łazimy w oczekiwaniu na koleżankę K. (pozdro, Malina!). &lt;br /&gt;W końcu nadchodzi. Rozsiadamy się w Makdonaldzie i tam ponownie spożywamy i rozmawiamy. Na zapytanie, co grali chłopaki poprzedniej nocy, Malina nie potrafi odpowiedzieć :)) W końcu opuszczamy Galerię i idziemy na spacer na ulicę Piotrkowską, bodaj najbardziej znaną ulicą w Łodzi. Daruję sobie opis moich wrażeń z tego spaceru, to nie czas i miejsce na to ;) Po krótkiej podróży tramwajem rozstajemy się z Maliną, umawiamy pod Halą, gdzie ja i K. właśnie się wybieramy.&lt;br /&gt;Po wielu perturbacjach z komunikacją miejską udaje nam się wysiąść na właściwym przystanku. Ciągniemy za ludźmi. Jest godzina 15, 16.&lt;br /&gt;Docieramy pod Atlas Arenę. Wydaje mi się mała, ale może to jakiś problem ze mną :D Czeka już bardzo wielu ludzi. Nikt nie ma kurtki w kolorze innym niż czerń :) Jest mnóstwo wejść więc stwierdzamy, że nie ma sensu stać na mrozie - udajemy się do pobliskiej, małej hali, gdzie trenują młode chłopaczki. Tam posilamy się. Ok. godziny 17 spożywam mój ostatni posiłek przed koncertem. W końcu idziemy do kolejek.&lt;br /&gt;Przedzierając się przez zaspy próbowaliśmy znaleźć luźną kolejkę. Udało się. W tłumie łatwo wyczuć pijanych osobników, puszczają przez telefon My Joy i drą japę :)) Po 20 minutach stania bramy zostają otwarte. Szybko przychodzi moja kolej na &amp;quot;kontrolę&amp;quot;, muszę wyrzucić picie (tzn. samą zakrętkę, ale ma to sens?). Na miękkich nogach przekraczam progi Atlas Areny.&lt;br /&gt;W środku już się kotłuje, słychać muzykę. Z sercem w okolicy gardła robię rozeznanie. Stoisko z pamiątkami wyhaczyłam od razu i tam też podbiłam. Pani sprzedająca nie mówi po polsku, ale dla takiego native speakera jak ja nie stanowi to bariery :P Kupuję plakat i udaję się w stronę szatni.&lt;br /&gt;Pierwszy zonk - szatnie to rzędy wieszaków. Patrzę bezradnie na plakat i staram się coś wykombinować. W końcu po wyżyłowaniu swojego angielskiego do granic obłędu zostawiam plakat u Pani sprzedającej i odzyskuję kasę. W szatni ujawnia się niezwykła jak na polskie standardy uprzejmość obsługi - na moje namolne pytania, czy można zostawić plecak w szatni i na pewno nic mu nie będzie, odpowiadają spokojnie i po sto razy tłumaczą mi, że jest monitoring. &amp;quot;Uj tam z monitoringiem i plecakiem, ja chcę do mojego sektora&amp;quot; - myślę, po czym próbuję dostać się do sektora D jak Dave :D Kilka razy okrążyłam halę nim zdecydowałam się spytać o drogę Pana z ochrony. Spokojnie wskazał mi drogę. Gdy już znalazłam się tuż koło sektora poczułam, że to za wiele dla mojego pęcherza. Kolejny Pan z Ochrony wykazał się świętą cierpliwością wskazując mi toaletę, której nie potrafiłam odnaleźć, a która znajdowała się 5 metrów przede mną :D W końcu zmierzam w stronę sektora i upewniwszy się, że mogę z niego wychodzić swobodnie, wkraczam do głównej części hali.&lt;br /&gt;Po rozsunięciu zasłonek serce skoczyło mi gdzieś w okolice głowy. &amp;quot;Mają rozmach, sku*****ny&amp;quot;, przeleciało mi przez głowę. Rząd pustych jeszcze w większości krzesełek i tłum przy barierkach (wcale jeszcze nie taki duży) już zrobił na mnie wrażenie. Na miękkich nogach schodziłam po schodach, szukając swego rzędu. Jest! Prawie na samym dole, był tylko jeden rządek niżej niż mój. Sadowię się na krzesełku i patrzę na scenę. Tym razem serce spłynęło mi do kostek gdy zobaczyłam, jak blisko sceny siedzę. Ma radość ustała, gdy rzucił mi się w oczy wielki halogen świecący nad sceną. Na myśl o tym, że będzie on świecił w trakcie koncertu, zbierało mi się na płacz. Żeby nie myśleć o tym zaczęłam pisać do wszystkich smsy, że jestem na miejscu i mam zajebisty widok :D Ok. godziny 18 zaczęło mi się nudzić. Co godzinę chodziłam do toalety (coby zew natury nie zepsuł mi atrakcji całego wieczoru) a za każdym razem, gdy wracałam, me serce radowało się widząc, ile luda przybywa. &lt;br /&gt;Ok. 20 zgasły światła. Serce (ten motyw będzie się powtarzał jeszcze wielokrotnie :P) podskoczyło mi do gardła a ręce same rwały się do klaskania, na scenę wyszedł jednak &amp;quot;tylko&amp;quot; support. Nitzer Ebb grał całkiem fajnie, wokalista był bardzo charyzmatyczny i udało mu się skupić moją uwagę na sobie przez cały występ (albo to moja słabość do białych koszul i zmierzwionych włosów :D). Po ok. pół godzinie zeszli ze sceny, światła znów się świeciły (halogen nie!), muzyka grała. Teraz moim jedynym zmartwieniem było to, czy hala będzie w pełni wypełniona (była raptem chwilka do koncertu a wiele miejsc wciąż świeciło pustkami) i pijana grupka w rzędzie przede mną - a jeśli te pijane świnie zepsują mi koncert?&lt;br /&gt;O 21 halę rozdarł pierwszy wrzask. Na wielkiej kuli, elemencie wystroju sceny, pojawiły się literki DM. Muzyka cichła, światła gasły. Nie pamiętam nawet, kiedy podźwignęłam tyłek z krzesełka i zaczęłam się drzeć. Gdy usłyszałam dźwięki Intra i zobaczyłam na scenie Ich, a zwłaszcza Jego... Moje biedne serce chyba zatrzymało się na kilka sekund, a wraz z nim przestałam oddychać :D Nie bardzo do mnie docierało że widzę Go żywego, nie na DVD, że śpiewa między innymi dla mnie. Fale takich myśli przelatywały mi przez głowę co kilka chwil i przestawałam wtedy śpiewać (tzn. drzeć japę) i zamierałam z wyrazem twarzy, na której malowało się zdziwienie i rozkosz jednocześnie :P &lt;br /&gt;Samego koncertu nie pamiętam dokładnie. Dziwiłam się zawsze jak ktoś opowiadał mi, że nie pamięta występu, ale dziś już niestety wiem, jakie to uczucie. Ja pamiętam tyle, że cały czas się darłam i piszczałam, wywrzaskiwałam teksty piosenek, klaskałam do spuchnięcia dłoni, machałam do odpadnięcia rąk i dzwoniłam do domu, coby Mama mogła posłuchać... Pamiętam uczucie rozdzierającej radości, gdy patrzyłam na Niego (a patrzyłam cały czas TYLKO na Niego [zajebista miejscówa!] :P) i jedności ze wszystkimi zgromadzonymi w hali ludźmi (wybaczyłam nawet pijanej grupce przede mną; tylko oni z mojego otoczenia reagowali równie intensywnie, jak ja :D). Pamiętam usilnie błagania, by to się nigdy nie skończyło (choć fizycznie byłam wykończona), by każda minuta trwała godzinę. Pamiętam histeryczne reakcje na każdą piosenkę, nawet na te, których na co dzień nie znoszę. Pamiętam jak bardzo się dziwiłam, że to możliwe, że On w rzeczywistości jest jeszcze bardziej przystojny i seksowny :D Upajałam się Jego głosem, muzyką, jednością z ludźmi, czasem spełnionego marzenia. Niestety, dwie godziny minęły szybko, trzeba było otrzeć łzy, opuścić ręce, zamknąć usta i udać się do szatni.... &lt;br /&gt;Po pół godzinie stania w kolejce do szatni w wielkim ścisku (już wiem, że nigdy nie kupię biletów na płytę) dostałam swą kurtkę i plecak i zakupiłam plakat. Potem miało miejsce całe mnóstwo perturbacji - od braku dojazdu do klubu, gdzie mieliśmy iść na aftera, przez brak miejsc w autobusie, po ostateczną rezygnację z &amp;quot;zabawy&amp;quot; w wypełnionym po brzegi klubie. Zdecydowaliśmy się na posiadówkę w jakimś pubie. Pojechaliśmy taryfą do Lizard Kinga. W środku K. i Malina gadali i gadali. Ja mało włączałam się do rozmowy, moje myśli krążyły wokół D i jego D :)) Po wypiciu piwa i opatuleniu się kurtką (zimno!), zasnęłam na pół godziny.&lt;br /&gt;Potem było rozstanie z Maliną, długi spacer na przystanek (częściowo w złym kierunku), podróż tramwajem w złym kierunku, brak pociągów do Krakowa z jednego dworca i podróż do drugiego (z kilkoma przesiadkami), zostawienie plakatu przy kasie i sprint po niego na kilka minut przed odjazdem pociągu, w końcu rozkulbaczenie się, kontrola biletów, sen. Potem pobudka z potwornie bolącym gardłem (chrypiałam jak kogut!), pustym brzuchem (18 godzin bez jedzenia!), brudna i spocona. Potem tramwaj, dom, wanna, talerz, łóżko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Opis podróży i powrotu jest o wiele dłuższy od samego występu, na który tyle czekałam. Ale takie mam wspomnienia z tamtego dnia (oczekiwanie długaśne a sam koncert jak mrugnięcie okiem) i tak chyba w życiu już bywa? Dziś o mojej obecności na koncercie fizycznie przypomina mi plakat wiszący na ścianie i bilet trzymany w segregatorze ze skarbami DM. A psychicznie? Słuchając dziś nagrań z koncertów znów się rozkleiłam. Nie chcę dziękować Bogu i reżyserowi, ale... Dzięki, Mamo i Tato, że pozwoliliście mi jechać i spełnić moje największe, jak dotąd, marzenie. Dzięki Wam, bliscy i dalsi kumple, że wysłuchiwaliście cierpliwie moich ochów i achów przed i po. No i dzięki za czytanie, jeśli ktoś dotarł aż tutaj :) </description>
      <author>beatadm@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <comments>http://ftw.blox.pl/2010/02/To-bedzie-niemilosiernie-dlugie-ale-musze-to.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://ftw.blox.pl/2010/02/To-bedzie-niemilosiernie-dlugie-ale-musze-to.html</guid>
      <pubDate>Sat, 27 Feb 2010 18:22:05 +0100</pubDate>
    </item>
  </channel>
</rss>

